Rzucamy sobie kłody pod nogi i na dodatek w tym z pozoru dziwnym obyczaju jest głęboki sens.
Zastanów się. Jaki sukces jest intensywniej oklaskiwany? Ten , który był niezwykle trudny do osiągniecia, prawie niemożliwy. Wcale nie taki , który jest prawie pewniakiem.


Jeśli powiem koleżance, że jutro mam egzamin i dorzucę do tego, że jest  łatwy  na tyle, że zda go nawet ktoś o inteligencji pantofelka to mogę zapomnieć o szampanie do zaakcentowania mojego sukcesu , o podziwie w jej oczach i  o pławieniu się w krótkotrwałej chwale. Wiem wiem…to próżność.
Co się stanie jednak jeśli  przed egzaminem zrobię swoisty teatrzyk ? Jeśli przedstawię drogę do sukcesu jako bardzo długą?

Przykład proszę bardzo ,, Och jej! Nie wiem jak ja zdołam to zaliczyć?!To przecież wymaga tyle czasu uczenia…! Ten profesor jest jakiś chory! Jak usłyszałam o tym co zafundował zdającym podczas ostatniej sesji to zastanawiam się czy jest sens w ogóle podchodzić. Wszyscy drżą na myśl o tym egzaminie!
Nie trudno się domyślić, że sukces będzie postrzegany jako dużo większy.
Całe to sztuczne podnoszenie poprzeczki, które często robimy to repertuar naszych codziennych mistyfikacji. Mistyfikacji, które ułatwiają nam żyć i dosięgnąć małych sukcesów na co dzień.

Nie oszukujmy się! Karmimy się tymi sukcesikami…

people-821624_1280
Czemu tak często to robimy? Odpowiedź jest banalnie prosta. Są dwa powody. Pierwszy powód to ogromna potrzeba odczucia, że od czasu do czasu zrobiliśmy coś wielkiego.
Jesteśmy trochę leniuchami i dlatego wybieramy drogę na skróty. Zamiast podwinąć rękawy i nawywijać się tą motyka w drodze ku słońcu wygodniej zrobić teatrzyk. Ponarzekamy trochę jakież to trudne zadanie przed nami stoi, jakie nierealne i wymagające i na koniec zabieramy się za jego realizację.  Przez nasze otoczenie realizacja tego zadania zostanie odebrana jako dużo większy sukces niż jest on w rzeczywistości.  Spójrzmy wokół siebie. Niektórzy są mistrzami zarówno w sztucznym pompowaniu trudności z którymi się borykają  jak i w pokazywaniu swoich zasług.

Drugi powód…

Drugi równie ważny powód takiego samoutrudniania to zabezpieczania sobie tyłów w razie porażki. Dupochron jak to mawiają w wielu sytuacjach niejedno ma imię.
Ponownie przytoczę przykład. Jeśli przed ważnym wydarzeniem wszystkim wszem i wobec opowiem jak to nierealny jest mój sukces, jak to wiele okoliczności niezależnych ode mnie może przyczynić się do fiaska, inni  będą widzieć nas jako tytana walczącego z przeciwnościami. Co się stanie, gdy poniesiemy porażkę…? No cóż , w tym przypadku walka okazała się zbyt trudna. Wprawdzie sukcesu nie ma ale nasze dobre imię nie ucierpiało. Mamy zgrabne wytłumaczenie, ponieważ wszyscy wokół wiedzieli, że była bardzo mała szansa na sukces.
To zjawisko jest na tyle powszechne, że nie musimy szukać jakichś patologicznych osób, szpitali psychiatrycznych aby zaobserwować działanie procederu. Wystarczy iść rano do pracy, ba! Spójrz po prostu w lustro. Tam też znajdziesz osobnika skutecznie korzystającego z strategii samoutrudniania.
Chcemy panować nad wrażeniem innych na nasz temat. Chcemy się dobrze czuć emocjonalnie. To niesamowite jak bardzo zaplątani jesteśmy w spełnianiu naszych wewnętrznych potrzeb. Te zachowania przychodzą nam przecież z automatu, jak oddychanie.

Po co się czepiać? Czas funkcjonować.

pier-349672_1280
Tak więc świadoma kobieta słysząca od swojego mężczyzny ,, kochanie, postaram się to zrobić dla nas i wynegocjować rabat na wakacje i zabrać Cię tam gdzie chciałaś??, nie powinna uświadamiać broń boże tego, że uzyskanie rabatu 2 % to nie jest wcale takie wielki sukces.  To co należy zrobić to  tylko pokazać jak bardzo to doceniamy. Wiemy, przecież już, że nasz książę potrzebuje w tym momencie uznania. Innym razem my go będziemy potrzebować i wówczas on zrobi to samo…
No nie…chyba za bardzo pojechałam. Ale i tak warto:)